„Please don’t feed the bears!” Abjorn Intonsus

Ostatnie wpisy poświęciłam książce „Super Natural Every Day” dla której określenia „pretensjonalna”, „wydumana”, „tylko dla bogaczy” niestety są w pełni zasłużone (chociaż to bardzo, z wielu względów, interesująca książka). Pora na coś całkowicie odmiennego pod każdym względem. Please don’t feed the bears!” Abjorna Intonsusa (tak, tak, to pseudonim) to wydana w 2006 roku (Microcosm Publishing, Bloomington) książka kucharska oparta na wydawanych wcześniej zinach pod tym samym tytułem.  Ta książka jest zdecydowanie najdziwniejszym, najbardziej zaskakującym i oczywiście najbardziej anarchistycznym okazem w mojej kolekcji. Choć określenie mianem anarchistycznej to za mało – to publikacja dla fanów metalu, jazdy na deskorolce, zabawnych obrazków ze zwierzątkami, okultyzmu, sceny hc/punk, horrorów i cukru (i glutenu). Tak, ta książka zdecydowanie zaskakuje na każdym kroku.

Please don't feed the bears

Książka jest zbiorem przepisów opublikowanych wcześniej w zinie pod tym samym tytułem i sama jest utrzymana w takiej undergroundowej stylistyce, niestety z wadą dla czytelności. Nie ma spisu treści ani skorowidza, na większości stron nie ma podanych numerów. Przepisy posegregowane są w kilku bardzo obszernych rozdziałach, jednak kryteria przypisania danego przepisu do danego rozdziału są dość niejasne (może poza deserami). Przepisy w wielu przypadkach nie są starannie przygotowane – brak ilości dodanej wody a w wielu przypadkach w spisie składników nie ma wymienionej wody i oleju. Przeglądając pobieżnie kolejne strony można odnieść wrażenie, że książka składa się głównie z przepisów na chilli, z tym że, im ostrzejsze tym lepsze. Ale w tym programowym chaosie są prawdziwe perełki, zarówno pod względem walorów smakowych jak i pod względem nienadwyrężania portfela.

W bonusie rozdział z tak różnorodnymi specyfikami jak domowy syrop na kaszel, klej do plakatowania i instrukcja zbudowania maszynki do tatuowania w domu. Jednak nie radziłabym ich wypróbowywać – w przepisie na ciasteczka dla psów jako jeden ze składników wyszczególniony jest suszony czosnek, niestety warzywa cebulowe są toksyczne dla psów i nie powinny być tym zwierzętom podawane pod żadnym pozorem.

W tej książce można albo się zakochać albo nie zrozumieć. Wiem, że ma wielu fanów, jednak dla większości czytelników może nie być to najbardziej trafiona pozycja. Dla wielu osób strona graficzna (bardzo radykalne grafiki) może nie być do zaakceptowania.

„Super Natural Every Day” Heidi Swanson

Super Natural Every Day: Well-Loved Recipes from My Natural Foods Kitchen” (Ten Speed Press, New York 2011, 265 s.) to druga książka Heidi Swanson, najbardziej znanej z prowadzonego już ponad 10 lat bloga “101 cookbooks”. Blog jest wegetariański, chociaż nie jest to nigdzie na stronie wyraźnie zaznaczone, po prostu prezentowane przepisy są bezmięsne choć rzadko kiedy wegańskie (w książce kwestie wegetarianizmu są bardziej szczegółowo opisane) i prawdopodobnie jest to jeden z najpopularniejszych blogów kulinarny w całym Internecie. Oprócz przepisów zamieszczane są na nim wpisy dotyczące podróży, inspiracji kulinarnych i nie tylko oraz wiele, wysokiej jakości zdjęć często inspirowanych modną obecnie estetyką wabi sabi. Prawdopodobnie większość czytelników 101 cookbooks nie wie, że początki tego bloga są bardzo zbliżone do mojej obecnej blogowej sytuacji – „101 cookbooks” powstało jako miejsce publikowania wpisów związanych z książkami kucharskimi (tutaj dostępny pierwszy wpis Swanson!).

„Super Natural Every Day” Heidi Swanson

„Super Natural Every Day” Heidi Swanson (Ten Speed Press, New York 2011)

Mieszkająca w San Francisco Swanson korzysta z zalet tej kosmopolitycznej metropolii – w swoich przepisach wykorzystuje wiele etnicznych lub rzadkich lub drogich (lub mających te wszystkie cechy na raz) składników prawdopodobnie dostępnych tylko w kilku miejscach świata i… w tym miejscu mogę swobodnie przejść do wad bloga jak i książki. Wszystko to (łącznie ze stylem pisania) sprawiać może nieco pretensjonalne wrażenie, ewentualnie wrażenie, że pisząca osoba aspiruje do klasy wyższej – kto inny napisałby że mieszka w skromnym sześciopokojowym mieszkaniu

(„modest six-room apartament with three-and-a-half-metre-high ceilings on the second floor of a Victorian apartment in the middle of San Francisco”)

lub zastanawiała się, czy do studia ceramicznego lepiej wstawić kuchenkę czy chłodziarkę do wina. Sądząc jednak po liczbie czytelników bloga, wielu internautów nie podziela jednak takiej opinii. Książka nie jest  także wolna od fotograficznej wady bloga – zdjęć jest bardzo dużo, ale wiele nie związanych zupełnie z przepisami (czarno-białe zdjęcie autorki idącej w czarnej sukience przez pole) – blog jest otwartą formą o wręcz nieograniczonej pojemności serwerów, w książce te wysmakowane zdjęcia jednak zabierają miejsce, w którym mogłoby znaleźć się coś bardziej wartościowego dla czytelnika, szczególnie, że książka, jak na książkę kucharską jest dość krótka.

Sama książka składa się z siedmiu rozdziałów poświęconych odpowiednio daniom śniadaniowym, na lunch, na obiad, przekąskom, napojom (w tym alkoholowym), słodyczom i dodatkom (lub przepisom podstawowym, skoro znalazła się tam instrukcja gotowania ryżu, klarowanego masła czy jajek w koszulkach). Przepisy noszą nazwy złożone z głównych składników (np. Granola – żurawina, orzechy włoskie, skórka pomarańczowa), nie ma przynajmniej miejsca na pomyłkę. Przepisy są opisane w przystępny sposób, nie ma w nich większych błędów, jednak w kilku przypadkach miałam wrażenie, że z tych samych składników można przygotować coś w prostszy sposób. Podobne wrażenie odniosłam w przypadku nabiału (sery dodawane są praktycznie do wszystkich przepisów, nie zawsze wydaje mi się to konieczne, zresztą przepisy są wyjątkowo nieprzyjazne dla wegan) czy ilości tłuszczu (dość hojnie dodawany). Dodatkowo większość propozycji dotyczy potraw serwowanych na śniadanie lub ewentualnie przekąskę czy szybki posiłek – nawet propozycje obiadowe, w większości podobne są do lunchowych. I najdziwniejszy element tej historii – w książce, której nawet tytuł świadczy o tym, iż wszystko będzie całkowicie naturalne autorka sugeruje wykorzystanie gotowych ravioli –też bym poleciła takie rozwiązanie, nie każdy ma czas na samodzielne przygotowywanie tak złożonych potraw, jednak dysonans pewien pozostaje.

Czy w takim przypadku mogę polecić książkę? Tak, ale nie dla wegan (nabiał i jaja są prawie we wszystkich przepisach) i osób szukających tanich przepisów. Raczej dla osób doświadczonych w kuchni, ciekawych nowych opcji lub po prostu dla czytelników lubiących ładne, choć niekoniecznie użyteczne, książki. Ta jest starannie wydana , z pięknymi zdjęciami i przepisami (polecam podejrzenie wnętrza książki), które mogą zainspirować do poszukiwania nowych składników lub wypróbowania nowych połączeń smakowych. A zaproponowane przez autorkę przepisy są naprawdę smaczne – łatwo to zbadać samemu, na stronie Swanson jest do ściągnięcia plik pdf z kilkoma przykładowymi przepisami.

„Isa Does it” Isa Chandra Moskowitz

Isa Chandra Moskowitz to w skrócie Jamie Oliver świata wegańskich kulinariów. Co ich łączy? Zamiłowanie do prostych przepisów dla zwykłych ludzi, przywiązanie do lokalnych produktów oraz nadużywanie olejów (chociaż Isa Moskowitz napisała moją ulubioną książkę o niskotłuszczowej kuchni, do której wracam niemal co tydzień). W przypadku najnowszej książki Moskowitz „Isa Does it” (Little, Brown and Company, New York 2013, 310 s.) widać też, że weganizm trafił do mainstreamu. Tak mogłaby wyglądać wegańska publikacja Olivera – znakomite, nieprzestylizowane zdjęcia V. K. Rees, dobrej jakości papier i ładna szata graficzna (polecam przejrzenie wnętrza książki). Dodatkowo przepisy są dobrze przygotowane – nie ma wątpliwości jak przygotować daną potrawę, jak ma wyglądać ostatecznie danie (sprawę ułatwiają także zdjęcia). Atutem jest opisanie podstawowych technik i produktów używanych w kuchni wegańskiej a także podręczne tabele z przelicznikami miar metrycznych i amerykańskich.

Isa does it

„Isa does it” Isa Chandra Moskowitz (Little, Brown and Company, New York 2013)

Same przepisy są bardzo amerykańskie w charakterze, choć oczywiście tak jak i w USA można znaleźć propozycje z Meksyku, Chin czy Europy Wschodniej tak i one trafiły na łamy. Kolejne rozdziały autorka poświęciła zupom (polecam zupę pomidorową z warzywami), sałatkom, daniom jedzonym rękami czyli burgerom (buraczane, zanim stały się super-modne;), taco i kanapkom z całego świata, makaronom i risotto (makaron z sosem słonecznikowym jest dobrą alternatywą dla makaronu z sosem serowym), daniom duszonym – potrawkom, chili i curry, daniom smażonym i stir-fry (wspaniałe stir-fry z brokułami), daniom podawanym w misce i na talerzach (chodzi o dania idealne na lunch – zestawy różnego rodzaju kasz i makaronów z tofu, fasolą, seitanem i warzywami),wymagającym nieco więcej przygotowań daniom typu comfort food (głównie zapiekanki), śniadaniom (mini-omleciki z tofu i pancakes to propozycje warte uwagi) oraz słodkim wypiekom.

Czy to oznacza, że to książka bez wad? Oczywiście to tego nie oznacza, ale jest bliska ideału pod względami redaktorskimi. Jeżeli chodzi o propozycje kulinarne – dla niektórych odstraszająca może być ilość glutenu (seitan), tłuszczu i smażeniny oraz celowanie w amerykańskie smaki. Z pewnością wiele osób to zniechęci ale wiele osób z tych powodów po nią sięgnie i… weganizm stanie się jeszcze bardziej popularny!

Jeżeli jednak ktoś jest nieprzekonany do kupna lub przepisów mam dobrą wiadomość – wiele przepisów (według mnie zbyt wiele) autorka zamieściła na swoim blogu (są też i filmiki).

PS. Przygotowałam wiele dań według przepisów tej autorki – porażek było mniej niż promil.

„Zdrowa kuchnia” Alina Dąbrowska

Kolejna książka z archiwów polskiego wegetarianizmu (zainteresowanym tematem polecam wcześniejsze wpisy poświęcone książce „Kuchnia jarska” z 1957 roku oraz „Polska kuchnia jarska” z 1988 roku). „Zdrowa kuchnia” Aliny Dąbrowskiej (Wydawnictwo „Znaki Czasu”, Warszawa, 272 s.) została opublikowana w 1985 roku, więc prawie 30 lat temu (teraz zastanawiam się, czy nie powinnam była poczekać jeszcze rok z publikacją by doczekać takiego jubileuszu). Te 30 lat w kwestii naukowych podstaw żywienia, sytuacji politycznej i nawyków żywieniowych to niemalże wieczność, jednak te kwestie nie przekreślają książki zupełnie – nadal można znaleźć w niej wiele inspirujących przepisów bazujących na łatwo dostępnych, sezonowych i tanich produktach – jeżeli jesteście laktoowowegetarianami lub po prostu chcecie wprowadzić oszczędności w domowym budżecie (jest przepis na kotlety warzywne sknerki!) to ta książka jest dla was (na dodatek dostępna za kilka złotych na allegro). Jeżeli jesteście weganami, którzy nie radzą sobie z weganizowaniem przepisów, lub po prostu nie chcecie tego robić, lepiej ominąć tę publikację. Retro-czar książki wzmacnia także sposób przedstawienia przepisów – pod każdym z nich znajduje się krótka wskazówka jak podawać daną potrawę zarówno jeżeli chodzi o użycie odpowiednich naczyń jak i dodatków do dania lub całego posiłku np.:

„Duszone ziemniaki podajemy w salaterce porcelanowej. Jest to drugie danie obiadowe, do tego surówka z marchwi i plaster jarzynowego pasztetu lub pasztet „à la ryba”.

Zdrowa kuchnia
Książka podzielona jest na cztery części ze względu na rodzaj potrawy (choć podział ten nie jest dla mnie zbyt oczywisty). Pierwsza zatytułowana „Przystawki jarzynowe” to surówki, sałatki, pasty kanapkowe, ale także przepis na majonez i syrop z cebuli. Druga część poświęcona jest zupom i w tym rozdziale nie ma żadnego zaskoczenia, może poza przepisem na żurek z ziemniakami bez zakwasu. Przepisy obejmują zarówno zupy owocowe, śniadaniowe , typowo obiadowe jak pomidorowe a także kilka zup z kuchni innych narodów (dagestańska, grecka). Trzeci rozdział zatytułowany nieco myląco „Dania podstawowe” otwiera (z hukiem!) przepis na australijską cielęcinę czyli seitan. Pozostałę przepisy to dania główne a nie podstawowe jak np. sposób przygotowania ryżu. Wybór przepisów także w tym rozdziale jest bardzo różnorodny, są dobrze znane potrawy jak gołąbki (także w wiosennej wersji z sałatą), pierogi i placki ale także liczne kotlety warzywne i pieczenie. Czwarty rozdział został zatytułowany „Desery i inne” gdyż znajdują się w nim przepisy na wytrawne wypieki (w tym pizzę), ale dlaczego w takim razie w poprzednim rozdziale został zamieszczony przepis na chlebek cukiniowy? Jest w tym pewna niekonsekwencja. Poważniejsza w skutkach jest jednak niekonsekwencja w przygotowywaniu przepisów – często brakuje ilości wody lub czasu gotowania. W niektórych miejscach wskazówki dotyczące przygotowania danej potrawy są nieprecyzyjne. Gdyby była to nowa publikacja z pewnością błędy te raziłyby znacznie bardziej.

„PETA’s Vegan College Cookbook” PETA

To zabawny zbieg okoliczności, że kiedy (prawdopodobnie) zakończyłam swoją edukację definitywnie zabieram się do recenzowania książki przeznaczonej dla studentów, ale skoro pisałam o książkach z przepisami przeznaczonymi dla dzieci (“Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy”, “Przemytnicy na wakacjach” a także “Poradnik dla zielonych rodziców”) nie mając żadnych rodzicielskich doświadczeń to tym bardziej (w końcu studiując tyle lat;) powinnam sobie poradzić z takim zadaniem. Zadaniem nawet jeszcze trudniejszym bo w końcu PETA budzi bardzo wiele kontrowersji (uprzedmiotowanie i nadmierna seksualizacja kobiet to najłagodniejsze zarzuty a masowe zabijanie zwierząt w schroniskach pod patronatem PETA to ponure i przerażające fakty), a w książce znajdują się przepisy wykorzystujące gotowe, przetworzone produkty w 90% niedostępne powszechnie w Polsce. No i oczywiście nic się nie gotuje, wszystko mikrofaluje.Wielkie, wielkie minusy. Karkołomne zadanie.

PVCC

Mając na uwadze wszystko powyższe wydawać by się mogło, że ta książka to absolutna pomyłka (i pewnie dla wielu odbiorców tak jest). Dla mnie jest jednak całkiem inaczej. Przepisy są naprawdę bardzo proste, ale pomysłowe, błyskawiczne w przygotowaniu a większość można przygotować w zdrowszej formie (ugotować samemu ryż zamiast kupować paczkowany, już ugotowany do odgrzania w kuchence mikrofalowej). To olbrzymie plusy.

Czy plusy równoważą minusy? Dla mnie tak, ta książka może być inspiracją na momenty kiedy się wszystko wali a w ciele nie ma siły by ruszyć palcem albo kiedy jest się szalenie znudzonym lub głodnym w środku nocy albo po prostu zupełnie bez pomysłów, ale wiem, że wszechobecność przetworzonych (i nie chodzi mi tylko o białe pieczywo ale i o kupowane posiekane warzywa i pokrojone owoce) wiele osób odrzuci, ja na pewno jeszcze wiele razy do tej książki sięgnę.

PETA’s Vegan College Cookbook: 275 Easy, Cheap, and Delicious Recipes to Keep You Vegan at School” (Sourcebooks, Inc., 2009) to jak sam tytuł wskazuje 275 przepisów na 366 stronach. Książka nie ma ilustracji, jest czarno-biała (bez jakichkolwiek zdjęć). Za przygotowanie treści odpowiadały Starza Kolman i Marta Holmberg. Książka podzielona jest na dwie części – pierwsza to krótkie wprowadzenie (i wyjaśnienie dlaczego cała książka wykorzystuje jedynie mikrofalówkę –w amerykańskich akademikach często nie ma kuchni a autorkom zależało także na skróceniu czasu przygotowywania posiłków bez niepotrzebnego wyposażenia jak patelnia czy garnki) z krótkim przewodnikiem po wegańskich produktach dostępnych na (amerykańskim) rynku, druga to przepisy.

Przepisy podzielone są na dość przewidywalne rozdziały jak śniadania, kanapki, sałatki, zupy i potrawki, sosy i dressingi, dania obiadowe, napoje, dipy, przekąski i desery. Dodatkowe rozdziały poświęcone są przepisom z masłem orzechowym, ramen i ziemniakami. Jest kilka sekcji „czy wiesz że?” z wege-ciekawostkami.

Przepisy są jasno opisane (właściwie ciężko żeby nie były, w połowie przypadków to po prostu „wymieszaj wszystkie składniki” ale z drugiej strony szanse niepowodzenia są bliskie 0), choć zastanawiają mnie porcje – czasami są one gargantuiczne, olbrzymie czasami mikro. No i szalenie irytujące nazwy przepisów – miało być zabawnie i młodzieżowo ale jak dla mnie jest irytująco.

Absolutnie nie uważam tej książki za niezbędną, co więcej, w ogóle nie uważam jej za potrzebną (biorąc pod uwagę dostępność produktów i ich przetworzenie) dlatego nikomu jej nie polecę. Ja jednak cieszę się, że ja mam (i że przy pisaniu tego posta sobie o niej przypomniałam, bo niektóre potrawy ugotowałam w…2012 roku, właściwie to 2 lata temu).

Polecam też recenzję tej książki na blogu Ciekawe śniadanie!.

„Poradnik dla zielonych rodziców” Reni Jusis, Magda Targosz

Nie wiem czy moje intencje i pomysły są czytelne, ale od kilku miesięcy skupiam się na książkach kucharskich przeznaczonych dla rodziców mniejszych lub większych dzieci (co oczywiście nie znaczy, że i sami dorośli pewnych korzyści z tych publikacji nie wyciągną). Było już coś dla nastolatków, będzie wkrótce dla studentów a na razie pora skupić się na mniejszych dzieciach. Nie ma tu zbyt dużego wyboru (chociaż mam „The Complete Idiot’s Guide to Vegan Eating For Kids” Dany Villamagna to przepisy w niej zawarte nie robią wrażenia i w większości nawiązują do Standard American Diet), ale powoli zmienia się to także na polskim rynku. Jedną z jaskółek była książka Carolin Mueller-Pawlak „Matka wegetarianka i jej dziecko” (polecam wam recenzję na blogu Śmierć kanapkom), ale jako, ze jest to publikacja z poprzedniego stulecia można mniemać, że wiele się w tej tematyce od 1999 roku zmieniło. I tutaj pojawia się druga jaskółka, czyli „Poradnik dla zielonych rodziców” Reni Jusis i Magdy Targosz (Mamania, Warszawa 2011, 298 s.).

Poradnik dla zielonych rodziców

Jak sam tytuł wskazuje nie jest to książka tylko i wyłącznie kucharska, ale syntetyczny przewodnik po różnych polach ekologicznego (choć niekoniecznie wegańskiego) rodzicielstwa. Myślę, że dla wielu osób tematyka poruszona w tej książce jest czymś absolutnie nowym, a jednocześnie czymś na tyle ciekawym, by sięgnęły po nią osoby nie posiadające dzieci (tak było w moim przypadku). Właściwie każdy temat podzielony jest na wywiad z osobą kompetentną w danym zakresie uzupełniony o krótkie praktyczne informacje. Same tematy podzielone są na cztery grupy, łatwo identyfikowane dzięki oznaczeniom prostymi graficznymi symbolami. Część pierwsza to „techniczne” porady dotyczące planowania porodu, jego przebiegu jak i karmienia piersią. Część druga dotyczy emocji (chociaż część porad dotyczących rodzicielstwa bliskości powinniśmy stosować na co dzień w relacjach z innymi) i komunikacji z dzieckiem, zarówno w sferze emocjonalnej jak i dzięki wykorzystaniu języka migowego dla dzieci tzw. bobomigi. Trzecia część dotyczy odżywiania i jej poświęcę nieco więcej miejsca. Natomiast część czwarta dotyczy szeroko pojętego ekologicznego stylu życia – są przepisy na eko-kosmetyki, eko-środki czystości i pomysły na zabawy i zabawki z recyclingu. Na samym końcu zamieszczono wykroje na pieluchy i nosidełka. Jak widać na niespełna 300 stronach poruszono bardzo wiele tematów i mam nadzieję, że chociażby ze względu na popularność Reni Jusis i jej regularne występy w Dzień Dobry TVN, dla wielu osób ta książka będzie impulsem do wprowadzenia zmian w swoim życiu a jednocześnie zachęci je do pogłębienia wiedzy w zakresach, które bardziej interesują, bo jak można się domyślić, w ograniczonej objętości nie można zmieścić wszystkiego i z pewnością autorki miały nie lada problem z wyselekcjonowaniem materiałów, które trafiły do książki.

W części poświęconej odżywianiu znalazły się dwa wywiady – jeden z profesorem Januszem Książykiem (byłym dyrektorem Centrum Zdrowia Dziecka), który w jednoznaczny sposób twiedzi, ze dieta roślinna jest tak samo zdrowa jak każda inna (a może nawet zdrowsza) na każdym etapie życia (juppi!), drugi z Joanną Mendecką, której przepisy zostały zamieszczone w kolejnym rozdziale. Przepisy są w 99% roślinne, jednak podana jest możliwość dodania jajek lub/i mięsa oraz masła klarowanego. Ich największą wadą są nieprecyzyjne proporcje oraz brak informacji dla jakich dzieci dane danie jest przeznaczone, o ilości i rozmiarze porcji, a także ilości składników odżywczych. Domyślam się, że w przypadku żywienia dzieci, szczególnie tych najmniejszych, to są naprawdę ważne informacje i byłoby wspaniale, gdyby zamieszczono do nich jakąś erratę ze wspomnianymi informacjami.  Druga wada, wynikająca już jednak bezpośrednio z ograniczonych rozmiarów książki, to niewielka ilość przepisów – zamieszczono po około 5 przepisów na każdy z posiłków w ciągu dnia. Ale nic straconego – wiele przepisów zaprezentowała Reni Jusis w DDTVN a kilka dodatkowych można znaleźć na stronie Joanny Mendeckiej. Przepisy bazują na kuchni domowej, ale wzbogaconej o egzotyczne przyprawy. Do tego wszystkiego dołączony jest krótki przewodnik dotyczący wprowadzania pokarmów w diecie niemowlęcia, czym jest zdrowa dieta , czym są produkty sezonowe i ekologiczne oraz jak oszczędzać, kupując i przygotowując zdrową żywność.

Podsumowując – tą książkę poleciłabym wszystkim, nie tylko rodzicom, naprawdę otwiera oczy na wiele kwestii, jednak osobom spragnionym tylko przepisów kulinarnych może ona nie wystarczyć (choć niewątpliwie jest krokiem w dobrym kierunku).

“Vegan Lunch Box around the World” Jennifer McCann

Kontynuacja “Vegan Lunch Box” skupiająca się, jak wskazuje tytuł „Vegan lunch box around the world: 125 easy, international lunches kids and grown-ups will love!” (Da Capo Press, 2009), na kuchniach różnych narodów i regionów.

Vegan lunchbox around the world

Na 263 stronach znajdziemy przepisy, tak jak w pierwszej książce “Vegan Lunch Box” podzielone na dwie części. Część pierwsza składa się z propozycji menu lunchboxowych pogrupowanych względem pochodzenia – są menu azjatyckie, w  tym chińskie, koreańskie, indonezyjskie, jednak menu japońskie zostało wydzielone do oddzielnego rozdziału,  amerykańskie (chodzi o USA i różne regiony i stany), afrykańskie czy australijskie. Można powiedzieć, że wszystkie rejony świata otrzymały swoją reprezentację w książce, oczywiście z naszej perspektywy brakuje przepisów polskich – w rozdziale poświęconym kuchni środkowej i wschodniej Europy jest menu węgierskie i rosyjskie, natomiast gołąbki są uwzględnione w menu niemieckim. No cóż, pewnie z amerykańskiej perspektywy tak to wygląda. Autorka jednak stawia sprawę jasno w krótkiej deklaracji dotyczącej przepisów – pomimo starań zachowania jak najbardziej tradycyjnego ducha dokonała nieco zmian, by smak i składniki przepisów były bardziej zachodnie, kilka stworzyła sama inspirując się kuchnią danego regionu. Proponowane menu są ciekawe i oczywiście nadają się nie tylko na lunch, ale i normalny obiad.

Przepisy, podzielone w tradycyjny sposób na rozdziały dotyczące przystawek i przekąsek, sałatek, zup etc., umieszczone są w części drugiej książki i nic nie stoi na przeszkodzie, by wykorzystać je przy innych okazjach. Nietypowy jest rozdział o przybraniach – nie jest to  typowy element drugiego śniadania do pracy, ale często występuje w japońskich pudełkach bento. Na pewno nie tylko poprawiają one estetykę lunch boxa, ale i poprawiają humor w pracy lub szkole. W rozdziale tym opisano sposoby przygotowania różyczek z rzodkiewki, ośmiornic z selera naciowego, kwiatków z papryczek chili, ogórka, marchewki i białej rzepy. Dla mnie była to lektura bardzo interesująca, jednak w tej książce jak i poprzedniej jest kilka wad – podstawową jest wykorzystanie zbyt wielu gotowych produktów („mięsa” i ‘sery” wegańskie) i produktów charakterystycznych tylko dla amerykańskiego rynku, choć w mniejszej ilości niż w części pierwszej, drugą ilość tłuszczu (sporo, choć znam polskie książki, w których jest go dodawanego znacznie więcej) a trzecią niewiele zdjęć (to postęp w porównaniu do poprzedniej książki). Plusem na pewno jest zachowanie tej samej szaty graficznej i sposobu opisu przygotowania potraw (zachęcam do obejrzenia wnętrza książki na amazonie). Mimo to książka jest bardzo inspirująca, dobrze przygotowana (nie ma problemu z niezgadzającymi się proporcjami lub zapomnianymi składnikami) i pomaga w planowaniu posiłków do pracy, szkoły ale też tych domowych.

Ja przygotowałam pięć lunchboxów – francuski, izraelski, kanadyjski oraz jeden japoński i jeden z USA. Byłam bardziej niż zadowolona, jednak z kilku względów dokonałam pewnych zmian, mam jednak wrażenie, że nie straciłam ducha danych lunchboxów.

Linki:

Blog Jennifer McCann „Vegan Lunch Box”

Strona książek z serii „Vegan Lunch Box”

Blog Jennifer McCann z przepisami „Shmooed Food”

 

Wolna Sobota: pudełka, bento, lunchboxy

Wolna Sobota

Na facebooku dostaję dużo pytań na temat pudełek, czy też lunchboxów, w których prezentuję (to oczywiste!) zestawy lunchowe. Na zdjęciu poniżej cała moja kolekcja, ale wiem że w najmniejszym stopniu nie wyczerpuje to tematu lunchboxów a ja w żadnym razie nie jestem ekspertką w tej tematyce (inna historia by była gdyby chodziło o zespoły fauny glebowej).

Pudełka, bento, lunchbox

To moje najładniejsze pudełko-bento – biała błyszcząca powierzchnia ozdobiona grafiką z cebulą, przekrojem korzenia lotosu, ziarnami sezamu i chili (chciałabym aby te produkty kiedyś w tym pudełeczku się znalazło). Wymiary po złożeniu to 14,5 cm x 7,5 cm i 7 cm wysokości. Po rozłożeniu do wykorzystania są dwa pojemniki, górny ze szczelną plastikową pokrywką oraz dolny, który nakrywany jest górnym pojemnikiem, nie jest więc zbyt szczelny. Pudełko przyleciało do mnie jako prezent ślubny z Japonii (Marta! <3). Pomimo całej wspaniałości tego pudełeczka, czasami wydaje mi się, że jest nieco za małe na moje potrzeby.

Białe pudełko bento

Drugie japońskie pudełko (z tego samego prezentu ślubnego, Marta <3 <3 x 1000) z zewnątrz wygląda jak wykonane z ciemnego drewna, z delikatnymi złotymi ozdobami w rogach. To pudełko dla odmiany jest naprawdę duże, w najszerszych miejscach (ma kształt prostokąta z zaokrąglonymi rogami) ma 17 cm na 11 cm przy 7 cm wysokości (może to jakiś bento-standard). Tak samo jak w przypadku białego pojemniczka ten składa się z dwóch części, górna część zamykana jest szczelną pokrywką. Dodatkowo górny pojemnik wyposażony jest we wkładkę separator. Wadą tego pudełka, jak i białego, jest delikatność materiału, z którego pudełka są wykonane. Bardzo łatwo zarysować dno, zdecydowanie nie są one przystosowane do wyjadania z nich widelcem.

Brązowe pudełko bento

Zestaw pojemników w torbie termicznej także japoński zestaw, który także dostałam w prezencie ślubnym (drugi, identyczny dostał mój Mąż, dzięki Dominika!!!), ale ten zestaw został kupiony w Warszawie w Muji. Jest wspaniały (zresztą jak 99% asortymentu w Muji)! Torba termiczna ma wymiary 20 cm x 11 xm (w najszerszym miejscu) x 10 cm. W środku wyposażona jest w kieszonkę idealną do przechowywania sztućców lub saszetek z przyprawami lub sosami. Największy pojemnik jest mini-termosem z metalową obudową, wielkość „użytkowa” tego pojemnika to około 230 ml (średnica ok. 8,5 cm x 5 cm). Dwa mniejsze pojemniki mają pojemność ok. 150 ml (średnica ok. 7,5 cm x 3 cm). Wszystkie pojemniki mają szczelne pokrywki dzięki gumowym uszczelkom. Najważniejszą kwestią jest to, czy pojemnik-termos trzyma temperaturę jedzenia – niestety tak sobie. Stosuję co prawda kilka trików przeczytanych właśnie w „Vegan Lunch Box” jak wlewanie na 10 minut przed zapakowaniem pojemnika do pracy wrzącej wody do termosu (do metalowej obudowy i pojemnika oddzielnie) czy pakowanie gorącego jedzenia, jednak po około 4-6 godzinach jedzenie jest tylko nieco cieplejsze niż temperatura pokojowa.

Pudełko termiczne Muji

To mój największy pojemnik (23 cm x 15 cm x 5,5cm) firmy Lock & Lock (model HLE7500) kupiony w Tk Maxx (nie pamiętam dokładnej ceny, około 25 zł). Łączna pojemność pojemnika to 965 ml, podzielona na 3 kompartmenty o pojemnościach 620 ml, 2000 ml i 145 ml. Wadą jest rozmiar oraz pojemność poszczególnych pojemników.

Pudełko śniadaniowe Lock&Lock

Przepiękny różowy pojemnik (mam jeszcze taki niebieski i razem tworzą zgrany duet idealny na duży lunch) firmy AM/63 kupiony w hipermarkecie E. Leclerc (koszt około 10 zł). Pojemnik o wymiarach 17 cm x 11 cm x 4 cm jest podzielony na dwie równe części. Dla mnie ten pojemnik jest nieco za mały ale większą wadą jest jego zamknięcie – w dolnej części pudełka są klipsy zapinane na pokrywce. Z doświadczenia wiem, że tego typu mechanizmy dość szybko się psują. Natomiast pojemnik jest dość szczelny (ma gumową uszczelkę).

Pudełko śniadaniowe Am/63

Poniżej mój pierwszy „lunchboxowy” pojemnik i niestety, widać po nim najlepiej, że mechanizm zatrzaskowy dość łatwo ulega uszkodzeniu. Sam pojemnik marki Tesco ma wymiary 20 cm x 13,5 x 5 cm (pojemność 1,1 l), w środku ma dwa wyjmowane kompartmenty, z czego jeden podzielony jest na dwie części. Pomimo uszkodzenia pokrywki nadal widzę kilka zastosowań dla tego pojemnika jak na przykład przechowywanie resztek z obiadu, niestety absolutnie nie da się już w nim nic transportować.

Pudełko śniadaniowe Tesco

A Wy z jakich korzystacie pudełek? Ja często wykorzystuję też „zwykłe” pojemniki plastikowe, termiczne kubki oraz mini-słoiczki (kluczowe do transportowania sosów i dressingów).

“Vegan Lunch Box” Jennifer McCann

W przypadku tej książki nie ma zaskoczenia, autorka bloga „Vegan Lunch Box” napisała książkę całą poświęconą…wegańskim lunchboxom (Jennifer McCann, Vegan lunch box : 130 amazing, animal-free lunches kids and grown-ups will love!, Da Capo Press 2008, 280 stron). Może się wydawać, że taka publikacja nie jest potrzebna albo przynajmniej niezbyt wartościowa, bo przecież spakowanie drugiego śniadania czy lunch do pracy to żaden problem, ale każdy kto przez 5 dni z rzędu jadł smutne kromki z plastrem wędliny sojowej czy dwoma „mazami” hummusu uzna podtytuł zapowiadający ponad 100 różnych lunchboxowych menu za obiecujący i doceni zarówno składniki tworzące często zaskakujące kompozycje smakowe jak i prostotę przygotowania takich „wynosów”. Żeby wszystko ułatwić książka podzielona jest na dwie części – w pierwszej otrzymujemy kilkadziesiąt menu podzielonych według stopnia trudności, w drugiej przepisy podzielone już standardowo na przystawki i przekąski, sałatki i dressingi, zupy i gulasze, kanapki, dania główne i dodatki, pieczywo, słodycze i napoje. Zebrane w wymienione grupy przepisy można dowolnie wymieniać i komponować ze sobą, ale naprawdę warto, przynajmniej na początek, wybrać konkretne menu i skomponować je według wskazówek, bo każdy z zestawów został tak skomponowany przez autorkę książki, by znalazło się w nim wszystko to co powinno z punktu widzenia zdrowego odżywiania (chociaż nie wiem czy duża ilość zamienników mięsa i półproduktów jest zdrowa…chociaż mając w pamięci program Jamiego Olivera o szkolnych stołówkach to jedno jest pewne – wszystko jest lepsze od jedzenia w nich serwowanego).

Vegan Lunch Box

Menu podzielone są według czasu potrzebnego na przygotowanie danego śniadania – quick and easy to śniadanie szybkie i nieskomplikowane do przygotowania, rise and shine to propozycje dla osób, które, mają nieco więcej wolnego czasu rano lub po prostu wcześniej wstają, ready and waiting to lunch czekający na nas przez noc w lodówce, ale wymagający włożenia nieco kuchennej pracy dzień wcześniej. Dodatkowo jeden rozdział poświęcony jest lunchboxom z daniami z różnych części świata (japońskimi, angielskimi, greckimi, etiopskimi, meksykańskimi, tajskimi, indyjskimi i francuskimi) oraz jeden rozdział poświęcony lunchom na specjalne okazje, czyli propozycje na urodziny, Święta Bożego Narodzenia, Wielkiej Nocy, ale też Walentynki, Halloween czy nawet równonoc jesienną.

Przepisy są napisane i zaprezentowane w przystępny sposób, nie ma w nich rażących błędów (a przynajmniej ja ich nie znalazłam) jak zgubione składniki a co najważniejsze naprawdę są łatwe do wykonania. Wadą jest obecność wielu wyskoprzetworzonych i niedostępnych składników (a przynajmniej nie ogólnie dostępnych) w Polsce, książka jest adresowana do amerykańskiego czytelnika i prawdopodobnie wspomniane produkty na tamtym rynku są dość powszechne. Oczywiście, książka też celuje w amerykańskie smaki i niektóre potrawy są dla nas (przynajmniej dla mnie) absolutnie obce, ale przygotowując 5 różnych lunchboxów w każdym przypadku otrzymałam smaczny (mimo, że to dania skierowane dla dzieci) i bardzo sycący zestaw. W wielu przypadkach wspomniane wysokoprzetworzone produkty można zastąpić domowej produkcji np. kremowy serek typu Toffutti  twarożkiem z migdałów lub nerkowców.

Dla niektórych wadą może być brak zdjęć i niezbyt ciekawa szata graficzna (polecam przejrzenie książki w serwisie google books lub na amazon.com), ale jak wspomniałam na początku wpisu, autorka książki jednocześnie prowadzi bloga, na którym zaprezentowała niemalże wszystkie lunchboxowe menu, które trafiły do książki, można więc skonfrontować się z nimi jak i z dziesiątkami zdjęć w blogosferze, ponieważ pojawienie się tej książki 5 lat temu wywołało naprawdę spore zamieszanie w świecie anglojęzycznych wege-blogerów. Muszę podkreślić, że zainteresowanie to było w pełni uzasadnione. Oczywiście, częściowo wynikało to z eksplozji bentomanii w tamtym okresie ale nie da się zaprzeczyć, że książka jest ciekawa i bardzo pomocna do komponowania drugich śniadań do pracy czy szkoły, ale też i obiadów na co dzień. Pomimo wad związanych z wykorzystaniem produktów wysokoprzetworzonych lub niedostępnych w Polsce, myślę, że to doskonała pozycja odpowiadająca na pytanie „to co ty właściwie jesz?” bo takiego lunchu wszyscy w pracy będą zazdrościli. I koniecznie odwiedźcie stronę autorki książki the Magical Loaf Studio – wygeneruje za was przepis na wegańską pieczeń!

Linki:

Blog Jennifer McCann „Vegan Lunch Box”

Strona książek z serii „Vegan Lunch Box”

Blog Jennifer McCann z przepisami „Shmooed Food”

Strona „The Magical Loaf Studio”

 

Wolna Sobota: fotograficzne podsumowanie lata

Wolna Sobota

Ostatni dzień wakacji jest najlepszym dniem na podsumowanie tegorocznego lata. Właśnie w celu zamieszczania takich wpisów postanowiłam wprowadzić cykl „Wolna Sobota”, niestety różne czynniki (w tym moje lenistwo, to jednak najważniejsza sprawa) spowodowały, że nie dodawałam wpisów na bieżąco, w soboty po odwiedzonych imprezach.

Street Food Festival by Tomasz Jakubiak – 16 czerwca

Teoretycznie było to jeszcze wiosną, teoretycznie był to festiwal street foodu (i nie wiem czy ostatnia impreza food truckowa jednak niezasłużenie nazywa się pierwszym zlotem food trucków?). Nie wiem czy lokalizacja w Miasteczku Wilanów była dobrym pomysłem, być może tak, bo zapewne sama populacja tego osiedla byłaby w stanie zapewnić wysoką frekwencję. Po raz pierwszy zobaczyłam Miasteczko Wilanów z innej perspektywy, po raz pierwszy pomyślałam że tam jest nawet… ładnie. I wbrew pozorom nie mieszkają tam sami burgerożercy (zakładając, że odwiedzili tą imprezę tylko localesi). Oczywiście food trucki z burgerami, kiełbaskami i hot dogami dominowały, ale było też kilka stoisk z wege-specjałami. Na stoisku Le Targ można było spróbować specjałów od EAT’s PAULA Gotuj Zmysły. Niestety nie pamiętam już dokładnie co było oferowane, ja zjadłam kanapkę z pastą z groszku (chyba) i była smaczna. Obok było stoisko Naturalna i jak widać na zdjęciu nie sami burgerożercy tam żerowali, dziewczyny czekały na dostawę nowych produktów, bo w ciągu 2 pierwszych godzin imprezy praktycznie wszystkie przygotowane dania się rozeszły. Ja załapałam się jedynie na czekoladowe trufle – bardzo smaczne. Było też stoisko z zielonymi koktajlami Get Green i patrząc na kolejkę odwiedzający byli spragnieni chlorofilu tak samo jak burgerów.

Pozytywnie zaskoczyły mnie automaty do dezynfekcji rąk, niezbędna sprawa w miejscach zbiorowej konsumpcji. Negatywnie zaskoczyli mnie panowie-żywe stoiska sprzedający kiełbaski, i już nie chodzi o to że nie sojowe, tylko to nie może być schludne… Gorzej, że widziałam też później kilka razy takie przypadki w Śródmieściu.  Chciałabym w takich sytuacjach powiedzieć „a co na to Sanepid?”.

Street Food

Mapka festiwalu

Nie zabrakło klasycznych przysmaków festynowo-odpustowych

Naprawdę było wielu chętnych do konsumpcji

Kanapki od Eat’s Paula Gotuj zmysły

Automaty z żelem dezynfekującym

Get Green menu

Get Green składniki koktajli

Pan z kiełbaskami

Ekipa Naturalna

Naturalna – jedzenie, ostały się dwie trufle jedynie

Targ Śniadaniowy – 22 czerwca

Targ Śniadaniowy pączkuje, rozrasta się i od jakiegoś czasu organizowany jest na dwóch krańcach Warszawy, jednak tego dnia nie byłam w stanie przewidzieć że TŚ będzie kiedyś na Ursynowie a poza tym, tego właśnie dnia zadebiutowała tam wspaniała Natalia z Superfoods in Warsaw z równie wspaniałymi koleżankami. I nie będę ukrywała, że tylko w tym celu pojechałam na Żoliborz. Dziewczyny w kooperacji z kawiarnią Fawory oferowały wegetariańskie dania śniadaniowe, w tym kilka opcji wegańskich. Ja zdecydowałam się na azjatycką bagietkę z tofu (w wersji wegetariańskiej z omletem) i trufle. Bagietka była pyszna ale to czekoladowe trufle były gwiazdami! (A tak wygląda relacja Natalii z tego dnia) Na deser bardzo wiśniowe lody z Lodove (nie wszystkie smaki są wegańskie).

Targ Śniadaniowy

Stoisko Fawory i Superfoods in Warsaw

Bagietka, trufle i napoje na Targu Śniadaniowym

Targ Śniadaniowy

Bagietka – close up ;)

Targ Śniadaniowy

Trufle! Dlaczego jesteście tak dobre????

Targ Śniadaniowy

Lody od Lodove w magicznej chłodziarce

Warszawski Smak – 6 lipca

Pierwsza edycja targów kulinarnych Warszawski Smak na praskiej plaży La Playa. W bonusie przepiękny widok na Starówkę oraz bliskość przeprawy promowej (jeżeli kogoś by naszła nagle ochota – promy pływają tylko w wakacje, są darmowe, odpływają co 30 minut i można dopłynąć do Podzamcza). Tydzień temu odbyła się druha edycja targów, widać że jest zapotrzebowanie na tego typu imprezy i są chętni do ich odwiedzania, pomimo kilku wydarzeń tego rodzaju w każdym tygodniu (nie ja nie narzekam, ja się cieszę z tego urodzaju!).  Na tych targach tak jak i na innych imprezach tego typu można znaleźć stoiska oferujące mięso (tutaj chyba nawet były owady), ale też wiele opcji wege i wegan. Niestety „opcja wege” tym razem była ukryta pod dachem i zdjęcia wyszły… nie najlepiej. Uwagę przyciągało duże stoisko dzielone przez qumam kaszę i wspomnianą już Naturalną.

La Playa

Przepiękny widok na Starówkę, można też pograć w siatkówkę albo poplażować

La Playa

Profesjonalne stoisko qumam kaszę

La Playa

Stoisko qumam kaszę i Naturalna

I jeszcze kilka zdjęć z tego okresu z Pól Wilanowskich i okolic. Teraz zieleń jest już przygaszona, światło żółte i czuć, że lato powoli przechodzi we wczesną jesień, ale to moja ulubiona pora roku (chociaż jestem doskonale świadoma, że nadal 3 tygodnie lata przed nami a przede mną jeszcze tego lata 31. urodziny i 2. rocznica ślubu).

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Miasteczko Wilanów

Miasteczko Wilanów – tam chyba jadają robotnicy ze Świątyni Opatrzności Bożej?

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie – tajemnicza Faza C w szczerym polu

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie – tajne tereny w pobliżu Natolina

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

Pola Wilanowskie

UPS McDonnell Douglas MD-11

Teraz wszystkich zaskoczę – lubię samoloty (hej, jestem wnuczką pilota i córką kapitana ;) a to jest UPS McDonnell Douglas MD-11 sfotografowany z balkonu ;)

Łąka na balkonie

Łąka na tym samym balkonie