Naleśniki gryczane

Naleśniki gryczane, pod francuską nazwą gallete lub bretońską krampouezhenn gwinizh du*, są bardzo popularne w Bretanii. Szybki internetowy research wykazał, iż nie jest tam przesadnie ciepło latem, bliskość Atlantyku swoje robi, i najwyższe średnie temperatury lipca to 24° C, czasami też pada*. Pogoda zupełnie jak dzisiejsza w Warszawie. A przepis też jak najbardziej pochodzi z polskiej książki kucharskiej, ale na wegetariańskie dania z całego świata, czyli „Przemytników na wakacjach” (s. 33).

Dokonałam drobnych weganizacji: mleko → mleko sojowe niesłodzone (koniecznie!); ser camembert → serek z nerkowców (przepis na taki serek umieściłam na bloxie dawno temu, ale można oczywiście wykorzystać jakikolwiek inny ser roślinny, ja też teraz przygotowuję go nieco inaczej, nie dodaję oleju i nie piekę).

Naleśniki gryczane

  • Ciasto:
    • 1 szklanka mąki gryczanej
    • ¼ szklanki mąki pszennej
    • 1 szklanka wody
    • ½ szklanki mleka
    • olej do smażenia / olej w sprayu
  • Nadzienie:
    • 3 obrane, ugotowane ziemniaki, pokrojone w cienkie plastry
    • 200 g szpinaku
    • 2 ząbki czosnku, posiekane
    • szczypta gałki muszkatołowej
    • 1 łyżeczka oliwy
    • ser z nerkowców
    • pomidory pokrojone w kostkę
    • sól
    • pieprz
    • sok z ctryny

Z podanych składników przygotować mikserem ciasto, w razie konieczności dodać nieco wody lub mąki. Odstawić na pół godziny.

W tym czasie na oliwie podsmażyć szpinak z czosnkiem, aż liście będą ugotowane. Doprawić gałką muszkatołową, solą, pieprzem i sokiem z cytryny.

Naleśniki smażyć na natłuszczonej patelni, ciasto powinno być cienko rozprowadzone.

Na gotowe naleśniki nałożyć nadzienie: serek z nerkowców, ziemniaki, uduszony szpinak i cząstki pomidorów. Dodać sól i pieprz.

4 porcje po 2 naleśniki

Kaloryczność policzona tylko dla naleśników bez dodatków (bo w końcu nie wiem jaki to będzie serek z nerkowców ;), z dodatkiem 1 łyżeczki oleju do smażenia.

Naleśniki gryczane - kaloryczność

* Te informacje pochodzą z Wikipedii i nie gwarantuję ich poprawności.

Zdjęcie też wyszło takie sobie.

Reklamy

Paluszki z soczewicy

Jak wiele razy pisałam o tym, że nie lubię indyjskiej kuchni? Oczywiście, wiem że nie ma czegoś takiego jak kuchnia indyjska, że każdy stan ma swoje zupełnie inne smaki a na dodatek to co emanuje z Wysp Brytyjskich na resztę Europy jest mocno przefiltrowane przez brytyjską historię i wiele „indyjskich” dań tam popularnych Indii właściwie nie widziało. A jednak dla mnie zawsze jest za dużo przypraw, za ostro, za tłusto i ciężko a na dodatek zupełnie nie tak. Może pojawić się pytanie (i ono też zawsze pojawia się u mnie) po co więc sięgam po kolejne indyjskie przepisy? Właśnie po to, żeby trafić na coś tak doskonałego jak te smażone paluszki (chociaż u mnie romby, bo użyłam niezbyt dobrego naczynia i ciężko było mi wydobyć długie paski) z mielonej soczewicy. Nie wiem czy takie przekąski jada się w Indiach, mi smak przypominał, nie to nie żart, kotlety rybne. Nie sądzę, żeby to był cel autorów przepisu Moniki Mrozowskiej i Macieja Szaciłło, ale tak właśnie owe paluszki smakują.

Przepis pochodzi z książki „Przemytnicy na wakacjach” (rozdział Indie, strona 122), w nieco okrojonej przyprawowej wersji można go znaleźć także w Internecie na blogu Corner with Recipes.

Nie odkryję wielkiej tajemnicy, że zamiast smażyć w głębokim tłuszczu usmażyłam na niewielkiej ilości oleju, bo chociaż to i tak bardzo oddala od założeń diety niskotłuszczowej to przynajmniej nie ma ryzyka poparzenia gorącym olejem.

Paluszki z soczewicy

  • ½ szklanki czerwonej soczewicy
  • 2 ½ szklanki wody
  • ½ szklanki sezamu
  • 3 ząbki czosnku, wyciśnięte
  • 1 łyżeczka kminu
  • ½ łyżeczki tymianku
  • ½ łyżeczki soli
  • ¼ łyżeczki pieprzu
  • olej

Soczewicę zalać 2 szklankami gorącej wody i pozostawić do namoczenia przez kilka godzin. Następnie soczewicę odcedzić i zmiksować w blenderze na jednolitą masę z ½ szklanki wody.

Masę przełożyć do garnka i gotować na wolnym ogniu często mieszając, aż masa zacznie odchodzić od ścianek. Dodać przyprawy i dobrze wymieszać.

Masę wylać do płaskiego (równe dno jest kluczowe), najlepiej prostokątnego pojemnika, uprzednio natłuszczonego, i pozostawić do wystygnięcia. Masa powinna mieć około 1 cm grubości.

Ostudzoną masę wyjąć (w jednym kawałku!) z formy i pokroić na plastry szerokości 1 cm. Tak przygotowane plastry smażyć na złocistobrązowy kolor na oleju.

8 porcji (ale łatwo zjeść wszystko na raz…)

Kaloryczność policzona dla nienamoczonej soczewicy i smażenia w ¼ szklanki oleju, ZŁO!

Paluszki z soczewicy - kaloryczność

Pasta z grochu

Kolejna propozycja z „Przemytników na wakacjach” to prosta pasta do chleba z gotowanego grochu. Co prawda jest to danie greckie (funkcjonujące często pod nazwą fava) to naprawdę mogłaby nosić nazwę polskiego hummusu albo polskiej fawy, jeżeli oliwę zastąpimy olejem rzepakowym. A teraz najlepsza wiadomość – ta pasta nie tylko smakuje wspaniale, ale wszystkie składniki można bez najmniejszego problemu kupić w każdym sklepie i to w bardzo niskich cenach (ok, może butelka oliwy jest droższa, ale używamy tylko 1 łyżki!). Jedyną zmianą jakiej dokonałam to ograniczenie ilości oliwy z 5 do 1 łyżki co i tak jest dużą ilością i myślę, że można ją nawet wyeliminować całkowicie a do miksowania, jeżeli będzie taka konieczność, użyć wody pozostałej z gotowania grochu.

Przepis na pastę z grochu w książce „Przemytnicy na wakacjach” na stronie 72 (rozdział „Grecja”), ale ja wypatrzyłam także na blogu Gary Barbary.

Pasta z grochu

  • ½ szklanki żółtego grochu
  • 3 szklanki wody
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 cebula, drobno posiekana
  • sok z ½ cytryny
  • ¼ łyżeczki soli
  • pieprz

Groch zalać na noc 1 ½ szklanki wody, następnego dnia groch przepłukać i zalać w garnku 1 ½ szklanki wody. Gotować na małym ogniu, aż będzie ugotowany, a nawet lekko rozgotowany. W razie wygotowania wody dolać wrzątku.

W tym czasie na oliwie usmażyć na złoto cebulę i odstawić.

Gdy groch się ugotuje zmiksować z cebulą, sokiem z cytryny i solą z pieprzem, aż do uzyskania kremowej konsystencji.

8 porcji

Pasta z grochu - kaloryczność

Wegańska pasta kanapkowaOrganizator: galazka

Bigos

Zerkam na listę przepisów do opublikowania i wiem, że muszę pilnie sprawdzić prognozę pogody. Nikt nie będzie jadł tradycyjnego zimowego bigosu w środku lata. Ja też tego nie robię. Zdjęcie zrobiłam w grudniu zeszłego roku. Ale może pochmurne niebo zapowiadane na kilka najbliższych dni mnie usprawiedliwi z tej propozycji zupełnie nie w sezonie. Jakby nie było to bardzo smaczny bigos. Idealny do zjedzenia na urlopie w zimnym, deszczowym lesie.

Przepis pochodzi z książki „Przemytnicy na wakacjach” (s. 221), i jak się można domyślić to propozycja polska, ale jest także dostępny w Internecie (blog Magic kitchen with Asia). Na zdjęciu dostojnie pozuje magazyn SMAK. Nie będzie to zaskoczeniem, zredukowałam ilość oliwy z ⅓ szklanki do 1 łyżki. To i tak bardzo dużo i absolutnie nie kwalifikuje się, jako danie niskotłuszczowe, nie mieliłam też jałowca, wolę wyciągać ziarna z bigosu ;).

Bigos

  • 1 Łyżka delikatnej w smaku oliwy
  • 1 cebula, pokrojona w drobną kostkę
  • ½ główki świeżej kapusty, poszatkowanej
  • 700 g kiszonej kapusty
  • 6 suszonych śliwek, pokrojonych
  • 4 ziarenka jałowca
  • 5 ziarenek pieprzu
  • 1 liść laurowy
  • ½ łyżeczki przyprawy 5 smaków
  • 200 g koncentratu pomidorowego
  • 200 g twardego tofu, pokrojonego w kostkę
  • sól i pieprz

Rozgrzać w garnku ½ łyżki oliwy, dodać cebulę i smażyć około 5 minut. Dodać kapustę i kapustę kiszoną, śliwki i przyprawy. Dobrze wymieszać i dusić pod przykryciem 45 minut, co jakiś czas mieszając.

Na pozostałej oliwie usmażyć kostki tofu na złoto i odstawić.

Do bigosu dodać koncentrat pomidorowy i tofu, dobrze wymieszać i gotować kolejne 20 minut. Doprawić solą i pieprzem.

8 porcji

Bigos - kaloryczność

Zupa selerowa

Zupa krem, raczej na chłodniejsze dni, ale chyba właśnie przeżywamy lekkie ochłodzenie (dla mnie to temperatura optymalna do życia, więc nie narzekam) i można coś ugotować nie ryzykując udaru cieplnego, a młode warzywa do tego jeszcze bardziej zachęcają. Ale ta zupa jest uniwersalna, w zimie doskonale sprawdzą się te zimowe. Ideał ;).

Przepis pochodzi z książki Przemytnicy na wakacjach” (strona 163) Moniki Mrozowskiej i Macieja Szaciłło i podobno pochodzi z Południowego Tyrolu. Już pisałam, że Południowy Tyrol to mała Austria, to jest przepis na austriacką Zellersuppe (a po niemiecku Selleriesuppe), wzbogacony o kilka podbijających smak składników. Cudownie! Trzeba przyznać, że warzywa korzeniowe są w tamtym regionie bardzo popularne, najlepszym dowodem był w ostatnim numerze magazynu Smak wywiad z szefem kuchni dwugwiazdkowej restauracji St. Hubertus Norbertem Niderkoflerem. W zimie i na przednówku wszystkie bulwy (topinambur, selery a nawet chorogi) to podstawa diety mieszkańców ale też i podstawa eleganckiego menu.

Zupa selerowa

W samym przepisie dokonałam dwóch zmian – zmniejszyłam ilość tłuszczu z 3 łyżek oliwy i 5 łyżek masła do 1 łyżeczki oliwy i oczywiście zastąpiłam śmietanę śmietanką sojową.

  • 1 łyżeczka oliwy
  • 2 średnie białe cebule, pokrojone w drobną kostkę
  • 150 g selera korzeniowego, obranego i startego na tarce
  • 1 mały por, drobno pokrojony
  • 400 g ziemniaków, obranych i pokrojonych w kostkę
  • 1 mała marchewka, obrana i pokrojona w kostkę
  • 4 szklanki wody lub bulionu
  • 2 Łyżki sosu sojowego
  • 2 szczypty gałki muszkatołowej
  • 100 ml śmietanki sojowej
  • sól i pieprz
  • posiekany koperek

Na rozgrzanej oliwie smażyć cebulę przez 5 minut, dodać selera i pora. Garnek przykryć i dusić kolejne 5 minut, co jakiś czas mieszając. Dodać ziemniaki i marchewkę oraz wodę. Przykryć i doprowadzić do wrzenia, następnie zmniejszyć temperaturę i gotować 20-30 minut, aż warzywa będą miękkie. Dodać sos sojowy, gałkę, śmietankę, sól i pieprz.

Zupę zmiksować na krem. Podawać posypaną koperkiem.

4 porcje

Zupa selerowa - kaloryczność

„Przemytnicy na wakacjach” Monika Mrozowska-Szaciłło, Maciej Szaciłło, Jagoda i Karolina Szaciłło

Sam tytuł wskazuje, że to idealna książka na wakacje. A co jest przemycane? Tak jak w pierwszej części tej książki „Przemytnikach marchewki, groszku i soczewicy” (pisałam o niej na bloxie – tutaj dostępne są wszystkie wpisy jej poświęcone) chodzi o warzywa, wegetariańskie posiłki dla całej rodziny jak i poznawanie nowych smaków z całego świata. W wydanej przez wydawnictwo 1000 stopni (Warszawa 2011) książce na 256 stronach znajdziemy pięknie sfotografowane lakto-wegetariańskie potrawy z Francji, Grecji, Hiszpanii, Indii, Maroka, Tajlandii, Południowego Tyrolu (który mimo że leży we Włoszech to jest Austrią jednak ;), Włoch i Polski.

przemytnicynawakacjach

Widać, że światowo bo jako wskaźnik skalu posłużyło 1 €

Wszystkie przepisy, które wypróbowałam (niektóre po weganizacji lekkiej) okazały się smaczne i łatwe do przygotowania , co więcej instrukcje zostały bardzo jasno opisane a w kilku przypadkach otrzymujemy mały poradnik fotograficzny z rodzaju „krok po kroku”, 99% wykorzystywanych w przepisach produktów jest łatwo dostępnych, aczkolwiek miałabym wątpliwości, czy na pewno są to najzdrowsze potrawy dla dzieci. Biorąc jednak pod uwagę, że rodzice organizują 4 latkom urodziny w fast foodzie to przygotowanie dzieciom smażonych placków z ziemniaków, dyni i sera wydaje się milion razy zdrowszą alternatywą. To zastrzeżenie, o zbyt dużej ilości smażonych potraw, może zbyt dużej ilości używanych olejów i lekkim skręcie smaków w stronę ogólnie pojmowanych „Indii” wyraziłam też w recenzji poprzedniej książki z tej serii, ale wydaje mi się, że w przypadku wielu przepisów ilość tłuszczu można znacznie zredukować i wybrać pieczenie zamiast smażenia z równie dobrym skutkiem. Na pewno ta książka inspiruje do poszukiwań kulinarnych i co ważniejsze, pokazuje, że dzieci często doceniają smaki bardziej skomplikowane niż tylko nuggetsy z frytkami. Dużym atutem książki są dla mnie zdjęcia rodzinne, wiem, że drogi Moniki Mrozowskiej i Macieja Szaciłło się rozeszły, ale bez wątpienia na zdjęciach widać olbrzymią ich miłość do dzieci a same dzieci na zdjęciach są ładne (wszystkie dzieci są ładne, to znana prawda a nie uprzejmość) i bardzo radosne (kilka razy pomyślałam sobie „jak oni to zrobili?”;).

Pora jednak wrócić do meritum i napisać kilka słów o samych przepisach i potrawach, jak wspomniałam wyżej w książce znajdują się przepisy z różnych stron świata podzielone na 9 rozdziałów zgodnie z ich pochodzeniem. Każdy rozdział poprzedza krótkie wprowadzenie o wspomnieniach kulinarnych autorów związanych z danym krajem. Książkę w wielkim stylu otwierają przepisy kuchni uważanej za najwykwintniejszą kuchnię świata, czyli kuchni francuskiej a dokładnie domowe bagietki, którym towarzyszy nie tylko piękne zdjęcie, ale także fotograficzny przewodnik na kilku kolejnych stronach jak wyrabiać ciasto i formować bochenki. Podobnie jest w przypadku przepisu na słodkie bułeczki z nadzieniem orzechowym, aż dochodzimy do cream de la cream, czyli domowy przepis na ciasto francuskie, z dokładną instrukcją wykonania. Kuszą także czekoladki marcepanowe. Z tego rozdziału zrobiłam dwa przepisy, jeden trafi na bloga, drugi nie i jest to tarta z cebulą, czyli kolejna wersja pissaladière, tu muszę przyznać, ta była bardzo smaczna, ale wersja z White Plate, którą już przygotowywałam jest jednak lepsza. W przypadku przepisu „Przemytników” jest o tyle łatwiej i szybciej, iż przepis bazuje na cieście francuskim. W każdym razie wszystko wygląda łatwo ale i elegancko, tak sobie wyibrażam francuską kuchnię, a szczególnie francuskiej słodkości. Kolejny rozdział to kuchnia grecka, niestety nie jestem w stanie w żaden sposób ocenić jej „greckości”, nigdy nie byłam w Grecji. Mogę jedynie napisać, że moim zdaniem ten rozdział ilustrują najbrzydsze zdjęcia, ale z drugiej strony może to kwestia tego, że te potrawy tak wyglądają, naprawdę ciężko zrobić ładne zdjęcie czegoś w rodzaju gulaszu. Za to zdjęcia hiszpańskich tapas w kolejnym rozdziale to prawdziwe perełki i gotowy pomysł na tematyczną hiszpańską wege imprezę (tym bardziej, że w Hiszpanii, tak jak w Polsce, w wielu miejscach myśli się że wegetarianie jedzą ryby a wegańska kanapka z warzywami, bez sera jest z masłem i to nie roślinnym). Najbardziej spodobał mi się szalony pomysł łódeczek ziemniaczanych z „kawiorem” soczewicowym (oczywiście, są dostępne też wegańskie „kawiory” z glonów, ale ta wersja z soczewicą jest 100% home made). Kolejny rozdział poświęcony jest Indiom, ale wrócę do niego nieco później, pójdę tropem geograficznym i skoro była Francja, Hiszpania i Grecja to następne powinny być Włochy, trochę mnie ten układ książki zastanawia, ale takie prawo autorów, może rozdziały ustawione są chronologicznie? Kto wie. Mi się bardzo podoba pomysł rozdzielenia kuchni włoskiej od tej z Południowego Tyrolu, chociaż jestem pewna, że zaraz odezwą się Sycylijczycy, Kalabryjczycy i inni Włosi argumentujący, że kuchnia ich regionu również jest najbardziej wyjątkowa i niepodobna do innych, i fakt niektórzy też używają innego języka niż włoski. Ale jako osoba kochająca kuchnię austriacką bardzo to doceniam, bo Południowy Tyrol to taka mini-Austria ale jednak nie do końca. I kiedy przepisy włoskie to pizze, calzone i makarony (wypróbowałam przepis na ten z pieczonym bakłażanem i papryką, dla mnie smak kminu był nieco zbyt wyrazisty), z Tyrolu mamy sałatkę ziemniaczaną, rosti i szpecle i apfelstrudel (ale jeszcze nie wypróbowałam przepisu).

Przepisy z Maroka wyglądają na proste do przygotowania a towarzyszą im piękne zdjęcia potraw (i wilebłąda). „Dalsze” pod względem geograficznym są przepisy indyjskie. Już w poprzedniej części „Przemytników” widać było „indyjskie” odchylenie i tak jest tym razem, przepisów indyjskich lub inspirowanych indyjskimi jest ponad 20 (tylko nieco mniej niż włoskich i polskich). W przystępny sposób opisane są najważniejsze składniki indyjskich dań a także jak smaży się dosze, samosy i parathy oraz jak przygotować panir. Chociaż ja sama nie przepadam za kuchniami tego regionu, to taka nieco złagodzona wersja mnie zachęca do eksperymentów (np. kaczori, panir w sosie śmietankowym po zamianie na tofu). Kolejny azjatycki rozdział poświęcony jest kuchni tajskiej, o której nie wiem zbyt dużo, ale historia go otwierająca jest szalenie zabawna i trochę prowokuje do sprawdzenia czy warto. Są przepisy na springrollsy, zupy, satay z tofu, to co kojarzy się z kuchnią tajską, ale tak samo jak w przypadku kuchni greckiej czy indyjskiej, nie jestem w stanie w żaden sposób powiedzieć, czy te smaki są takie jak w tych miejscach. Inaczej jest z rozdziałem o kuchni polskiej, w końcu wakacje spędza się nad Bałtykiem albo w Tatrach (to mnie skłoniło do refleksji o moich wyjazdach kolonijnych). Poza wege wersjami znanych potraw (bigos, paprykarz szczeciński czy bezjajeczna jajecznica z tofu) jest kilka przepisów regionalnych jak moskole czy kołoc. Przepis na piegus z tego rozdziału stał się moją ulubioną wersją tego ciasta (też i najłatwiejszą do zrobienia). Zaskakują też niektóre połączenia jak zupa ogórkowa z soczewicą (bardzo smaczna) czy kluski śląskie z sosem z glonów (nie próbowałam).

Podsumowując – to nie jest książka wegańska, ale dzięki nie używaniu jajek większość dań bardzo łatwo zweganizować. Na pewno przepisy pomagają oswoić „egzotyczne” smaki dzieciom, ale też i dorosłym, dlatego poleciłabym ją absolutnie wszystkim (nie będę ukrywała, moja Teściowa też ma jej egzemplarz;). Już samo oglądanie to niezła zabawa.