„Przemytnicy na wakacjach” Monika Mrozowska-Szaciłło, Maciej Szaciłło, Jagoda i Karolina Szaciłło

Sam tytuł wskazuje, że to idealna książka na wakacje. A co jest przemycane? Tak jak w pierwszej części tej książki „Przemytnikach marchewki, groszku i soczewicy” (pisałam o niej na bloxie – tutaj dostępne są wszystkie wpisy jej poświęcone) chodzi o warzywa, wegetariańskie posiłki dla całej rodziny jak i poznawanie nowych smaków z całego świata. W wydanej przez wydawnictwo 1000 stopni (Warszawa 2011) książce na 256 stronach znajdziemy pięknie sfotografowane lakto-wegetariańskie potrawy z Francji, Grecji, Hiszpanii, Indii, Maroka, Tajlandii, Południowego Tyrolu (który mimo że leży we Włoszech to jest Austrią jednak ;), Włoch i Polski.

przemytnicynawakacjach

Widać, że światowo bo jako wskaźnik skalu posłużyło 1 €

Wszystkie przepisy, które wypróbowałam (niektóre po weganizacji lekkiej) okazały się smaczne i łatwe do przygotowania , co więcej instrukcje zostały bardzo jasno opisane a w kilku przypadkach otrzymujemy mały poradnik fotograficzny z rodzaju „krok po kroku”, 99% wykorzystywanych w przepisach produktów jest łatwo dostępnych, aczkolwiek miałabym wątpliwości, czy na pewno są to najzdrowsze potrawy dla dzieci. Biorąc jednak pod uwagę, że rodzice organizują 4 latkom urodziny w fast foodzie to przygotowanie dzieciom smażonych placków z ziemniaków, dyni i sera wydaje się milion razy zdrowszą alternatywą. To zastrzeżenie, o zbyt dużej ilości smażonych potraw, może zbyt dużej ilości używanych olejów i lekkim skręcie smaków w stronę ogólnie pojmowanych „Indii” wyraziłam też w recenzji poprzedniej książki z tej serii, ale wydaje mi się, że w przypadku wielu przepisów ilość tłuszczu można znacznie zredukować i wybrać pieczenie zamiast smażenia z równie dobrym skutkiem. Na pewno ta książka inspiruje do poszukiwań kulinarnych i co ważniejsze, pokazuje, że dzieci często doceniają smaki bardziej skomplikowane niż tylko nuggetsy z frytkami. Dużym atutem książki są dla mnie zdjęcia rodzinne, wiem, że drogi Moniki Mrozowskiej i Macieja Szaciłło się rozeszły, ale bez wątpienia na zdjęciach widać olbrzymią ich miłość do dzieci a same dzieci na zdjęciach są ładne (wszystkie dzieci są ładne, to znana prawda a nie uprzejmość) i bardzo radosne (kilka razy pomyślałam sobie „jak oni to zrobili?”;).

Pora jednak wrócić do meritum i napisać kilka słów o samych przepisach i potrawach, jak wspomniałam wyżej w książce znajdują się przepisy z różnych stron świata podzielone na 9 rozdziałów zgodnie z ich pochodzeniem. Każdy rozdział poprzedza krótkie wprowadzenie o wspomnieniach kulinarnych autorów związanych z danym krajem. Książkę w wielkim stylu otwierają przepisy kuchni uważanej za najwykwintniejszą kuchnię świata, czyli kuchni francuskiej a dokładnie domowe bagietki, którym towarzyszy nie tylko piękne zdjęcie, ale także fotograficzny przewodnik na kilku kolejnych stronach jak wyrabiać ciasto i formować bochenki. Podobnie jest w przypadku przepisu na słodkie bułeczki z nadzieniem orzechowym, aż dochodzimy do cream de la cream, czyli domowy przepis na ciasto francuskie, z dokładną instrukcją wykonania. Kuszą także czekoladki marcepanowe. Z tego rozdziału zrobiłam dwa przepisy, jeden trafi na bloga, drugi nie i jest to tarta z cebulą, czyli kolejna wersja pissaladière, tu muszę przyznać, ta była bardzo smaczna, ale wersja z White Plate, którą już przygotowywałam jest jednak lepsza. W przypadku przepisu „Przemytników” jest o tyle łatwiej i szybciej, iż przepis bazuje na cieście francuskim. W każdym razie wszystko wygląda łatwo ale i elegancko, tak sobie wyibrażam francuską kuchnię, a szczególnie francuskiej słodkości. Kolejny rozdział to kuchnia grecka, niestety nie jestem w stanie w żaden sposób ocenić jej „greckości”, nigdy nie byłam w Grecji. Mogę jedynie napisać, że moim zdaniem ten rozdział ilustrują najbrzydsze zdjęcia, ale z drugiej strony może to kwestia tego, że te potrawy tak wyglądają, naprawdę ciężko zrobić ładne zdjęcie czegoś w rodzaju gulaszu. Za to zdjęcia hiszpańskich tapas w kolejnym rozdziale to prawdziwe perełki i gotowy pomysł na tematyczną hiszpańską wege imprezę (tym bardziej, że w Hiszpanii, tak jak w Polsce, w wielu miejscach myśli się że wegetarianie jedzą ryby a wegańska kanapka z warzywami, bez sera jest z masłem i to nie roślinnym). Najbardziej spodobał mi się szalony pomysł łódeczek ziemniaczanych z „kawiorem” soczewicowym (oczywiście, są dostępne też wegańskie „kawiory” z glonów, ale ta wersja z soczewicą jest 100% home made). Kolejny rozdział poświęcony jest Indiom, ale wrócę do niego nieco później, pójdę tropem geograficznym i skoro była Francja, Hiszpania i Grecja to następne powinny być Włochy, trochę mnie ten układ książki zastanawia, ale takie prawo autorów, może rozdziały ustawione są chronologicznie? Kto wie. Mi się bardzo podoba pomysł rozdzielenia kuchni włoskiej od tej z Południowego Tyrolu, chociaż jestem pewna, że zaraz odezwą się Sycylijczycy, Kalabryjczycy i inni Włosi argumentujący, że kuchnia ich regionu również jest najbardziej wyjątkowa i niepodobna do innych, i fakt niektórzy też używają innego języka niż włoski. Ale jako osoba kochająca kuchnię austriacką bardzo to doceniam, bo Południowy Tyrol to taka mini-Austria ale jednak nie do końca. I kiedy przepisy włoskie to pizze, calzone i makarony (wypróbowałam przepis na ten z pieczonym bakłażanem i papryką, dla mnie smak kminu był nieco zbyt wyrazisty), z Tyrolu mamy sałatkę ziemniaczaną, rosti i szpecle i apfelstrudel (ale jeszcze nie wypróbowałam przepisu).

Przepisy z Maroka wyglądają na proste do przygotowania a towarzyszą im piękne zdjęcia potraw (i wilebłąda). „Dalsze” pod względem geograficznym są przepisy indyjskie. Już w poprzedniej części „Przemytników” widać było „indyjskie” odchylenie i tak jest tym razem, przepisów indyjskich lub inspirowanych indyjskimi jest ponad 20 (tylko nieco mniej niż włoskich i polskich). W przystępny sposób opisane są najważniejsze składniki indyjskich dań a także jak smaży się dosze, samosy i parathy oraz jak przygotować panir. Chociaż ja sama nie przepadam za kuchniami tego regionu, to taka nieco złagodzona wersja mnie zachęca do eksperymentów (np. kaczori, panir w sosie śmietankowym po zamianie na tofu). Kolejny azjatycki rozdział poświęcony jest kuchni tajskiej, o której nie wiem zbyt dużo, ale historia go otwierająca jest szalenie zabawna i trochę prowokuje do sprawdzenia czy warto. Są przepisy na springrollsy, zupy, satay z tofu, to co kojarzy się z kuchnią tajską, ale tak samo jak w przypadku kuchni greckiej czy indyjskiej, nie jestem w stanie w żaden sposób powiedzieć, czy te smaki są takie jak w tych miejscach. Inaczej jest z rozdziałem o kuchni polskiej, w końcu wakacje spędza się nad Bałtykiem albo w Tatrach (to mnie skłoniło do refleksji o moich wyjazdach kolonijnych). Poza wege wersjami znanych potraw (bigos, paprykarz szczeciński czy bezjajeczna jajecznica z tofu) jest kilka przepisów regionalnych jak moskole czy kołoc. Przepis na piegus z tego rozdziału stał się moją ulubioną wersją tego ciasta (też i najłatwiejszą do zrobienia). Zaskakują też niektóre połączenia jak zupa ogórkowa z soczewicą (bardzo smaczna) czy kluski śląskie z sosem z glonów (nie próbowałam).

Podsumowując – to nie jest książka wegańska, ale dzięki nie używaniu jajek większość dań bardzo łatwo zweganizować. Na pewno przepisy pomagają oswoić „egzotyczne” smaki dzieciom, ale też i dorosłym, dlatego poleciłabym ją absolutnie wszystkim (nie będę ukrywała, moja Teściowa też ma jej egzemplarz;). Już samo oglądanie to niezła zabawa.

„Kosowska kuchnia jarska” Romualda Tarnawska, dr Apolinary Tarnawski

Początkowo chciałam pisać o zupełnie innej książce, ale zobaczyłam wpis dotyczący „Kosowskiej kuchni jarskiej” na facebookowym profilu bloga Śmierć kanapkom i uznałam że w takim przypadku i ja wtrącę swoje 3 grosze, tym bardziej, że dopiero co zrobiłam zdjęcia do wpisów (a to naprawdę rzadko się zdarza, żebym pisała na bieżąco w stosunku do tego co naprawdę gotuję, z reguły zdjęcia trafiają na rok na półkę, to nie żart!). Książka, którą widać na zdjęciu to wydany w 1988 roku przez Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe w Warszawie reprint książki z 1929 roku wydanej przez Wydawnictwo M. Arcta w Warszawie. Ja swoją kopię kupiłam na allegro i tam odsyłam wszystkich zainteresowanych, aczkolwiek nigdy nie widziałam tam wydania oryginalnego.

Kosowska kuchnia jarska

Zanim przejdę do recenzji książki, muszę napisać kilka słów o autorach i ich zakładzie leczniczym w Kosowie (kliknięcie na google maps będzie pomocne).  Informacji o samym zakładzie jak i prowadzącym go doktorze Tarnawskim w Internecie jest naprawdę dużo. Doktor Apolinary Tarnawski żył w latach 1851 – 1943 i do dziś uznawany jest jednym z najsławniejszych polskich lekarzy-naturalistów. Śledził na bieżąco nowe doniesienia naukowe jak i modne wówczas prądy w leczeniu dietą. Na podstawie książki kucharskiej mogę stwierdzić, iż najbardziej przywiązany był do ruchu Mazdaznan, który powstał pod koniec XIX wieku w Stanach Zjednoczonych. Ruch ten w sferze duchowej nawiązywał do zaratusztranizmu, antropozofii a także filozofii indyjskich. Miał też coś do powiedzenia na temat pochodzenia Aryjczyków (stąd w książce zdjęcie garnków marki o wdzięcznej, jak dla kogo, nazwie Aryana). Nie chcę oceniać warstwy ideologicznej tego ruchu, jednak w tamtym czasie wpisywało się to w popularne prądy filozoficzne i ideologiczne, jak się skończyło to wiadomo, bardzo źle. W warstwie życia codziennego Mazdaznan podkreślał istotę praktyk oddechowych, regularnych ćwiczeń i diety wegetariańskiej. Doktor Tarnawski w swojej pracy naukowej opierał się także na badaniach naukowych. Dzisiaj może nas to bawić, ale Tarnawski pisze obszernie o witaminach (używają pięknego spolszczenia życiany) zaledwie 20 lat po odkryciu pierwszej witaminy (a część witamin nadal była wtedy nieznana)! W książce wielokrotnie podkreślana jest istotność utrzymania higieny i czystości podczas przygotowywania posiłków. Nie bez przyczyny. Podkreśla także istotę prac domowych, szczególnie, że to od nich zależy kondycja fizyczna człowieka. Doktor Tarnawski znany był także z działalności politycznej i społecznej. W Kosowie powstał jeden z pierwszych zastępów Związku Harcerstwa Polskiego, założony przez braci Lutosławskich.

W 1891 roku doktor Tarnawski w Kosowie na Huculszczyźnie (w jednym z przepisów używany jest ser ormiański dostępny w składzie Karczewskiego za Kołomyją Małopolską) otworzył pierwszy zakład leczniczy. O położeniu zakładu z pewnością zadecydowały warunki klimatyczne i krajobraz porównywany ze szwajcarskim Davos, jak i dostępność unikalnych (w porównaniu z wodami dostępnymi np. w okolicach Przemyśla) wód mineralnych. Z roku na rok sanatorium zyskiwało popularność, szczególnie w kręgach wpływowej inteligencji. Znalazłam informację, iż kuracjuszami byli między innymi Gabriela Zapolska, Juliusz Osterwa i Leon Schiller, Adam Didur, Xawery Dunikowski, Ferdynand Antoni Ossendowski, Melchior Wańkowicz z Stanisławem Dygatem, Maria Dąbrowska i jej mąż Marian, który zmarł tam na atak serca 30 września 1925 roku (chociaż to chyba niezbyt dobra reklama sanatorium). Nie brakowało też polityków, choć raczej z opcji endeckiej jak Roman Dmowski, choć nie tylko. Z tego powodu Kosów zyskał przydomek drugiego Zakopanego.

Zdjęcia zakładu Tarnawskich dostępne są w Internecie (na przykład tutaj).

Rodzina Tarnawskich opuściła Kosów w 1939 roku i przez Rumunię uciekła do Palestyny. Po wojnie uzdrowisko znalazło się na Ukrainie. Do dziś mieści się tam sanatorium, choć nie jest niestety informacja w pełni potwierdzona.

Książka składa się z dwóch części. Część pierwsza to przepisy przygotowane i sprawdzone przez żonę doktora Tarnawskiego, Romualdę, druga natomiast to opracowany przez doktora Tarnawskiego krótki przewodnik po rodzajach pokarmów, ich wpływie na zdrowie i zaleceniach dietetycznych.

Mając na uwadze, że książka ma blisko 85 lat muszę przyznać, że przepisy są bardzo nowoczesne jak na tamten czas. Bardzo duży nacisk położony jest na jakość i świeżość produktów, autorzy zachęcają panie do chodzenia na targ samodzielnie tymi słowami „korzyści dla zdrowia, bo musi się rano wstać, dużo więcej wrażeń na targu, jak w kinie – i zysk dla kieszeni, a rozmaitość dla kuchni”. Wśród przepisów można znaleźć receptury na przygotowanie kardów, boćwiny, topinamburów a nawet słodkich ziemniaków. Doktor Tarnawski jest entuzjastą soi, jednak do sosu sojowego podchodzi sceptycznie ze względu na ostry smak i długą fermentację stwierdza, że „dla Anglika to dobre, ale dla nas jest lepszy, bo nieszkodliwy dla zdrowia, odwar soi z grzybami i gorczycą”.

410 (każdy jest ponumerowany) lakto-owo-wegetariańskich przepisów podzielonych jest według rodzaju potraw. Kolejno prezentowane są przepisy na pokarmy mleczne, czyli mleka i sery, zupy (jarzynowe, słodkie i owocowe), dodatki do zup, sosy, jarzyny, potrawy z kartofli, potrawy zbożowe w tym z kasz i ryżu i pokarmy strączkowe, przystawki, potrawy złożone, czyli pierogi, makarony, budynie i pasztety, potrawy z sera i jaj, surowe sałaty i jarzyny, kompoty i owoce, soki owocowe i napoje, leguminy proste, leguminy złożone w tym lody, szodony, torty, lukry, ciastka i placki oraz chleby i pieczywo. Smaki, jak to dla kuracjuszy, bardzo delikatne, czasy gotowania bardzo długie, bo w większości przypadków w odniesieniu do kuchni węglowej. Są także ilustracje – grafiki przedstawiają warzywa, raczej te rzadziej spotykane, garnki i pewne rozwiązania budowlane w Kosowie.

W książce przedstawione są przykładowe jadłospisy na śniadania (takie same w ciągu całego roku), obiady zgodne z porami roku, obiady proste, obiady owocowe zgodne z Mazdaznanem, kolacje zgodne z porami roku jak i obiady dla osób będących na diecie surowej. Podjadanie między posiłkami zakazane! Poniżej przykładowe menu (pisownia oryginalna).

  • Śniadanie:
    • Kawa słodowa, chleb razowy, sucharki, miód, orzechy
    • Śniadanie dla osób chorych i poszczących
      • Sok z pomarańczy, sucharki, miód
    • Śniadanie surowe:
      • Sok z melonu lub kawonu
  • Obiad:
    • Wiosna:
      • Zupa ogórkowa z ziemniaki
      • Brukiew z pomidorami, kasza hreczana drobna z foremek
      • Sała z surowemi kartoflami (Nie polecam!)
      • Babki ponczowe z krajankami z surowych łodyg rzewienia, jabłek zimowych lub pomarańczy
    • Lato:
      • Zupa poziomkowa i biszkopty
      • Ogórki nadziewane i młode kartofle
      • Sałata zielona z jagodami i tartemi orzechami
      • Pierogi leniwe ze śmietaną
    • Jesień:
      • Barszcz zabielany i bób młody
      • Kapusta faszerowana i kartofle
      • Sałata zielona i przyprawa angielska
      • Kompot z gruszek i śliwek, łuki migdałowe
    • Zima
      • Zupa pomidorowa z ryżem
      • Brukiew z porami i selerami, kasza hreczana
      • Sałata endywja z cytryną
      • Naleśniki z jabłkami
    • Obiad owocowy:
      • Zupa czekoladowa z krajankami z jabłek
      • Knedle z bułki z podśmietaniem
      • Kompot ze śliwek
      • Legumina kukurydziana z sokiem
    • Obiad prosty:
      • Zupa kartoflana ciemna
      • Gołąbki z sosem grzybowym
      • Szarlotka z jabłek
    • Obiad surowy:
      • Sałata z rzodkiewek
      • Kartofle gotowane
      • Sok z dyni
      • Owoce i orzechy
  • Kolacja:
    • Wiosna:
      • Kasza owsiana z trybulką
      • Kwaśne mleko
      • Chleb, masło, rzodkiewki
      • Jabłka
    • Lato:
      • Kalafjory
      • Kwaśne mleko
      • Chleb, masło, rzodkiewki
      • Czereśnie lub wiśnie
    • Jesień:
      • Kapusta z bułeczką
      • Kwaśne mleko
      • Chleb, masło, rzodkiewki
      • Orzechy nowe
    • Zima:
      • Kasza hreczana
      • Słodkie mleko
      • Chleb, masło
      • Owoce kolonialne (pieczone kasztany)
    • Kolacje surowe:
      • Surowe owoce.

Jak widać, dla każdego coś się znajdzie. Ja na pewno do tej książki wrócę i to nie raz, nie tylko ze względu na moją słabość do mdłych sanatoryjnych potraw. Polecałabym ją absolutnie wszystkim jedzącym mięso i niejedzącym, gotującym i nie gotującym chociażby jako ciekawostkę historyczną i może niewielki przyczynek do refleksji, bo jak sami autorzy stwierdzają „właśnie mięso na co dzień to największa jednostajność”.

„Kuchnia wegetariańska” Nicola Graimes

„Kuchnia wegetariańska” Nicola Graimes, 2012, G+J Gruner+Jahr Polska

wydanie oryginalne „New Vegetarian Kitchen” 2011, Duncan Baird Publishers Ltd.

"Kuchnia wegetariańska" Nicola Graimes

Kolejna wege-pozycja na mojej półce z książkami kucharskimi (półka to nie przenośnia, taka szafka naprawdę istnieje ale może podświadomie też wiąże półkę z półkownikami) stosunkowo nowa (oczywiście, kupiłam ją w sierpniu zeszłego roku ale cały przygotowany materiał musiał swoje odleżeć by nabyć mocy niemalże urzędowej) bo wydana w 2012.
Najpierw kilka faktów – książka ma 240 stron, zawiera blisko 200 przepisów oraz 80 zdjęć, czyli przypada jedno zdjęcie na 2,5 przepisu. Książka zawiera przepisy lakto-owo-wegetariańskie ale nie ma żadnych wpadek w rodzaju żelatyny czy smalcu. Muszę przyznać, że polskie wydanie ma znacznie ładniejszą okładkę niż publikacja w UK.
Przepisy są podzielone na rozdziały zgodnie ze sposobami gotowania czyli na surowo (ale nie raw, to po prostu dania, które raczej nie wymagają gotowania ale same produkty używane do ich przygotowania mogą być przetworzone), z grilla, smażone, gotowanie na parze, gotowane klasycznie oraz pieczone. Każdy z tych rozdziałów zawiera przepisy z kategorii dania lekkie, dania główne, przystawki i desery. Niezbyt fortunne to tłumaczenie – tak naprawdę dania lekkie to przystawki a przystawka to w oryginalnej wersji (można podejrzeć na amazonie) to side dish, czyli coś co jest podawane do dania głównego – ziemniaki, fasola szparagowa i tak dalej. Ale nawet, jako przystawkę tłumaczy to google translator. Trochę dziwne.
Na początku książki krótkie wprowadzenie dotyczące rodzajów obróbki cieplnej jak i poszczególnych grup pokarmowych jak ryż czy rośliny strączkowe. Jest też krótki słowniczek rzadziej spotykanych produktów, które wykorzystywane są w zamieszczonych przepisach. Rzeczywiście, w przepisach aż się roi od trudniej dostępnych czy też egzotycznych składników od grzybów enoki, przez liczne rodzaje sera (to może nie jest problem przy weganizacji przepisów) do przypraw (verjus, śliwki ume, sos śliwkowy ). Z drugiej strony przepisy bazują na naturalnych, w niewielkim stopniu przetworzonych składnikach, także kilka drobnych zamian, dwa zamówienia w Internecie lub wizyta w sklepie z egzotyczną żywnością i większość przepisów jest całkowicie w zasięgu ręki. Inną kwestią związana z zastosowanymi produktami jest ich długa lista przy większości przepisów. Najczęściej nie przekłada się to na skomplikowanie receptury, ale może nieco zniechęcić. Jeżeli mowa o stopniu skomplikowania to większość przepisów jest łatwa a samo wykonanie potraw jest przystępnie opisane. Nie zauważyłam zgubionych składników czy niejasnych instrukcji kolejnych czynności. To duży plus. Wspomniane przeze mnie powyżej egzotyczne składniki sugerują, że w książce znajduje się wiele przepisów z kuchni etnicznych lub takimi inspirowanymi. Jest sporo dalekiej Azji (wietnamskie sajgonki, makaron udon z groszkiem cukrowym w sosie miso, pierożki wonton), Indii (dal z prażonymi mogdałami, pikantne kofty, chlebki naan, kulfi) i Bliskiego Wschodu (bakłażan z kminem, zielona soczewica z muszrardą i cytryną z jajkami za’atar, tagine z bakłażanów). Jest dużo Europy – jest Francja (tosty francuskie, creme brulee, zupa cebulowa), Włochy (tagliatelle z warzywami, pieczone risotto, pizza), są też kraje mniej oczywiste jak Szwajcaria (rosti) i oczywiście Wielka Brytania (kiełbaski z porów i jabłka, gulasz kawowy, zapiekanka ze stiltonem, kasztanami i piwem). Jest nawet Meksyk (meksykańskie gazpacho, mole z czarną fasolą). Nowoczesne przepisy czerpiące z kuchni narodowych łączące odległe od siebie geograficznie produkty, ale bazujące na świeżych i prostych składnikach, raczej z dobrym skutkiem.
Drugim plusem są piękne zdjęcia, dość skromnie zaaranżowane plany co tylko wydobywa urodę naturalnie wystylizowanych potraw. Duże brawa dla Williama Lingwooda. Nieco mniejsze dla tłumaczki – błędów nie ma dużo, side dish jako przystawka oraz brak tłumaczenia na polski nazwy daikon/mooli, mogą wynikać z niewielkiej znajomości tematyki kulinarnej a nie braku kompetencji tłumaczki, także bez tragedii.
Podsumowując, jest to interesująca książka dla osób lubiących kulinarne (pod względem poznawania nowych smaków) wyzwania proponująca nowoczesne, w pewien sposób wielkomiejskie dania. Nie jest to pozycja obowiązkowa dla wegan, ale sporo przepisów jest wegańskich, sporo można zweganizować a do kilku lepiej nie podchodzić.
Przygotowałam (jak zwykle) pięć dań, ze wszystkich byłam zadowolona. Znalazłam dużo wpisów innych blogerów dotyczących tej książki, poniżej linki.

Podróże kulinarne Thiessy

Vegetka

Books for Cooks

Wybrane przepisy w formacie pdf.